Hierarchia doskonałości ustrojów według Arystotelesa

5/5 - (2 votes)

Dysponując już  eksplikacją Arystotelesowego rozumienia ustrojów najlepszych i najgorszych, można pokusić się o zarysowanie na tak skreślonym tle hierarchii wszystkich form ustrojowych ze względu na ich wartość. Chodziłoby tutaj o wartość moralną, tj. wyznaczoną na gruncie ustaleń etycznych prawomocność poszczególnych ustrojów ze względu na ich przyporządkowanie do celu państwa.

Najwyższą pozycję w tym ustopniowaniu zajmuje wszechkrólestwo (I monarchia) ze swoim podobnym do bóstwa władcą. Nieco niżej, albo nawet na tym samym poziomie (tekst Polityki pozostawia tutaj wątpliwość), lokuje się pierwsza odmiana arystokracji, w której rządzi grupa najdzielniejszych etycznie spośród wszystkich obywateli. Obydwa te ustroje zdają się jednak należeć już do przeszłości, kiedy to łatwiej było o jednostki tak wybijające się cnotą, że one jedynie godne były objąć ster rządów. W czasach „obecnych”, gdy na losy państwa  największy wpływ ma wzajemny stosunek grup bogaczy i biedaków, praktycznie najlepszym ustrojem wydaje się politeia i ona zajmuje środek hierarchii. Na samym jej dole leży tyrania, która w ogóle z trudem zasługuje na miano ustroju.

Te trzy ustroje: monarchia wraz z arystokracją, politeia i tyrania, pełnią rolę punktów odniesienia i w stosunku do nich sytuują się pozostałe formy rządów. Z teoretycznego punktu widzenia są one tym lepsze, im bliższe monarchii lub arystokracji, czyli im większe znaczenie przywiązują do cnoty. Ich wartość spada natomiast, gdy zbliżają się do tyranii, tzn. gdy kładą nacisk na korzyść rządzących i coraz bardziej pomijają rolę prawa. Na płaszczyźnie praktycznej wyznacznikiem jakości ustrojów jest politeia. Ustroje do niej jej zbliżone są lepsze, bo zachowują równowagę w państwie, oddalone od niej — gorsze, gdyż podatne na wszelkie wahania i łatwo przeradzające się w odmiany tyranii.

W ten sposób Arystoteles ocenia także odmiany poszczególnych ustrojów. Są one tym lepsze, im większe znaczenie przypisują cnocie, dają posłuch prawom i skłonne są przyznawać stanowiska proporcjonalnie do zasług. Z tej perspektywy zarówno kolejne odmiany demokracji, jak i oligarchii wykazują coraz większe skażenie. Demokracja bowiem w miarę wyłaniania kolejnych form coraz mniej dba o istotną wartość rządzących, a coraz bardziej oddaje głos wolności, by w końcu przekazać jej hegemonię w państwie. Z kolei oligarchia, która początkowo kieruje się prawem i selekcją rządzących, dochodzi ostatecznie do całkowitej samowoli i nepotyzmu.

Ogólnie rzecz biorąc, ustrój najlepszy to wszechkrólestwo lub taki, w którym rządzi prawo. Ponieważ wszechkrólestwo należy raczej do dziedziny ideału, w praktyce pozostaje tylko przyznać rządy prawu. Odejście od tej zasady powoduje zwyrodnienie ustroju.

E. Zwolski podsumowuje ten cały, wyłaniający się z kart Polityki układ form ustrojowych następująco: „Widząc dwa wzorowe ustroje (lub jeden) i posługując się czterema hierarchicznymi kryteriami [którymi są: cel rządów, cnota, bogactwo, wolność], Arystoteles tworzy system szesnastu ustrojów, z siedemnastym – boskim – u szczytu, osiemnastym – doskonałym na miarę ludzką – pośrodku, i dziewiętnastym – zwierzęcym – u dołu. System ten, mimo drugorzędnych niedopracowań, urzeka symetrią i zadowala z punktu widzenia logiki”[1].


[1] E. Zwolski, op. cit., s. 264.

Obywatel w starożytnej Grecji

5/5 - (2 votes)

W starożytnej Grecji za obywatela uznawano tego, czyi rodzice byli obywatelami[1]. Arystoteles, badając istotę obywatelstwa, oczywiście nie zadowala się takim kryterium, uznając je za powierzchowne, chociaż praktycznie stosowane[2].

Jako nieadekwatny do realiów wyznacznik bycia obywatelem odrzuca również miejsce zamieszkania, gdyż niewolnicy i  osiadli cudzoziemcy[3] też żyją w państwie, a przecież nie posiadają obywatelstwa[4].

Pomija także w swych badaniach ludzi naturalizowanych oraz tych, którzy z uwagi na wiek „jeszcze” lub „już” nie są (w pełni) obywatelami. Poszukuje bowiem, jak podkreśla, „czystego pojęcia obywatela”, które byłoby wolne od wszelkich zastrzeżeń i uzupełnień[5].

Wkrótce też je znajduje: obywatelem jest ten, kto ma prawo udziału w zarządzie państwem, czyli może sprawować funkcje we władzy rządzącej, obradującej i sądowniczej[6]. Jest to formalny wyróżnik obywatela: dostęp do władzy państwowej. Jednak o tym, kto faktycznie jest obywatelem, decyduje ustrój, który kierując się właściwym sobie kryterium–celem, przypuszcza do władzy jednostki o odpowiednich jakościach.

I tak np. w ustroju najlepszym — arystokracji, mającym na celu cnotę, rzemieślnik ani wyrobnik nie zostanie obywatelem, bowiem jako człowiek oddany pracy zarobkowej „nie jest w stanie uprawiać dzieł z cnotą związanych”[7]; z kolei w oligarchii, która za cel stawia sobie bogactwo, rzemieślnik może być obywatelem, o ile tylko zdobędzie odpowiednio duży majątek; w demokracji natomiast, najwyżej spośród jakości ceniącej wolność, wszystkie te grupy ludności na równi mogą dostąpić obywatelstwa. Szerzej piszę o tym w podrozdziale

TYPY USTROJÓW

Jak zauważa P. Rybicki[8], u Arystotelesa obywatelstwo to nie tylko stan prawny, to przede wszystkim urzeczywistniana wciąż możność brania udziału — w różnym stopniu i na różne sposoby — w sprawach publicznych. „Według mnie zaś wszyscy obywatele w zarządzie państwa uczestniczą”[9] — pisze autor Polityki, akcentując czynny charakter bycia współobywatelem. Na te właśnie momenty: aktywności i wspólnotowości, wyraźnie wskazuje metafora załogi okrętu, gdzie Arystoteles stwierdza, iż jak żeglarze, którzy pełniąc różne funkcje (wioślarza, sternika itd.) jednoczą wysiłki w celu bezpiecznego nawigowania, tak i obywatele, choć zróżnicowani, działają wespół dla dobra tworzonej przez siebie wspólnoty politycznej)[10].

Przedstawiwszy w ten sposób istotę obywatelstwa, Arystoteles oddaje się badaniu cnoty obywatela i jej związku z cnotą człowieka w ogóle. Różnymi drogami, wprost i nie–wprost, dochodzi do wniosku, że cnota obywatela nie może być określona jednoznacznie, ponieważ zależy ona od ustroju i od zadania, jakie dany obywatel ma pełnić w państwie. Zasadniczo jednak na cnotę obywatela żyjącego w ustroju wolnościowym składają się dwie umiejętności: słuchania i rozkazywania. Wynika to z faktu, że w owym ustroju poszczególni obywatele (lub ich grupy) na przemian rządzą i są rządzeni.


[1] Zob. St. Witkowski, op. cit., s. 72.

[2] Zob. Pol. III 1, 9 [1275b].

[3] Tj. metojkowie (dosł. „mieszkający razem”) — cudzoziemcy, którzy osiedlali się w państwie na dłużej lub na stałe. Mianem metoikoi określano ich w Atenach; w innych państwach stosowano nazwy paroikoi, synoikoi, epoikoi (zob. St. Witkowski, op. cit., s. 75).

[4] Zob. Pol. III 1, 3 [1275a]. Nt. obywatelstwa i klas ludności w państwach starożytnej Grecji szczegółowo pisze St. Witkowski, op. cit., ss. 71‑83, 138‑152, 245‑260.

[5] Zob. Pol. III 1, 4 [1275a].

[6] Zob. Pol. III 1, 4‑8 [1275a‑b].

[7] Pol. III 3, 3 [1278a].

[8] Op. cit., ss. 158‑161; autor przeprowadza tam porównanie pojęcia obywatela u Arystotelesa z pojęciem nowożytnym, które występuje u J. Bodina.

[9] Pol. VII 12, 5 [1332a].

[10] Zob. Pol. III 2, 1‑2 [1276b]. St. Witkowski, op. cit., s. 50, czyni interesującą uwagę, iż Rzymianie, nazywając państwo res publica, wskazywali na abstrakcyjny system prawny — Grecy przeciwnie, stosując miano politeia, tj. zespół obywateli, wychodzili od człowieka.

Przemoc w środkach masowego przekazu

5/5 - (2 votes)

Rodzice są coraz bardziej zatroskani tym co widzą. Sonda przeprowadzona na zlecenie Family Channel wykazała, że 58% matek i ojców „często” lub „od czasu do czasu” odczuwa niepokój z powodu tego, co razem z dziećmi obejrzeli w telewizji. Jedynie 17% utrzymało, że takie uczucia są im obce.

Wyniki inne ankiety przeprowadzonej dla magazynu „Parents” dowodzą, że fala niezadowolenia wśród widzów wzbiera równolegle z oburzeniem przeciętnych rodziców. Dwie trzecie respondentów opowiedziało się za utrzymaniem wymogów etycznych stawianych programom kwalifikowanym do emisji; około 74% domagało się wyeliminowania z anteny przekleństw, 72% wyrażało analogiczny pogląd na temat audycji ośmieszających religię; 64% żądało, by sieci telewizyjne przestały szydzić z tradycyjnych instytucji, takich jak małżeństwo i macierzyństwo. W tej sytuacji nie powinien dziwić fakt, że przeszło 70% badanych oceniło jakość programów jako przeciętną lub bardzo złą. [1]

Ta negatywna ocena wynika również z treści przemycanych przez telewizję po kryjomu obok otwarcie prezentowanej przemocy i upadku moralnego. Ogólnie rzecz biorąc emitowane programy odzwierciedlają poglądy obozu przeciwników rodziny w amerykańskiej wojnie o wartości. Od wielu lat normalne ludzkie stadło jest na srebrnym ekranie czymś w rodzaju ciekawostki. Istnieją oczywiście bardzo interesujące wyjątki, takie jak choćby „Bill Cosby Show” i „Family Ties”, mimo to pisujący w „Washington Post” krytyk, Tom Shales, dostrzegł w przeglądzie sezonu 1988/89 systematyczny zanik programów rodzinnych. Oto co napisał:

„Tematyka audycji nadawanych w czasie największej oglądalności jest ściśle prorozwodowa. Poza dość problematycznym wyjątkiem w postaci „Roseanne” (telewizja Polsat), rodzina ma szansę stać się bohaterka mydlanej opery, tylko wtedy, gdy jest w stanie rozkładu. Samotni rodzice, wdowy, wdowcy oraz rozwiedzeni mnożą się ostatnio ponad miarę, z czego płynie wniosek, że dla redaktorów telewizyjnych realną wartość prezentują tylko związki bezwartościowe („Washington Post”, 2 października 1988r.).”[2]

Shales nie jest jedyną osobą, która zauważyła ten dziwaczny trend. Mimo, że nadawcy z wielką pasją obalają kolejne tabu, by móc pokazać więcej nagości ekscentrycznego seksu i wyuzdania, są dziedziny, w których wydają się stosować restrykcyjną autocenzurę. Publicysta Jeff Greenfield zauważył, że najpopularniejsze stacje zajmują się dosłownie wszystkim, poza sprawami najbardziej fundamentalnymi dla naszego istnienia. Pisał o tym tak:

„[Nadawcy] zaczęli dłubać przy zagadnieniach, które kiedyś uznawano za absolutnie niedostępne dla telewizji rozrywkowej. A jednak najważniejsze, wspólne dla całej ludzkości sprawy – takie jak zdolność do miłości, ufności, szczerości i moralnego wychowania dzieci – wydają się być poza ich zasięgiem.” [3]

To jasne, że tak w telewizji, jak i w kinie religia jest bardzo ignorowana, albo, co gorsza atakowana i wyśmiewana. Dr Martin Marty z University of Chicago twierdzi, że z jego własnych badań nad popularnymi filmami wynika wprost, że religia jest tam traktowana z lekceważeniem „Chrzcimy i żenimy się w imię; stając w obliczu śmierci, uciekamy się do niej jako do najobfitszego źródła nadziei. Jest więc dziwne, że Hollywood tak demonstracyjnie pomniejsza jej znaczenie” – mówi Marty.[4]

Tak się niefortunnie składa, że elity kulturalne i ich wartości panują niepodzielnie na hollywoodzkim panteonie. Z tej wysokości mogą nieustannie promować własne poglądy – a więc sekularyzm, postępowość, wyzwolenie seksualne i radykalny feminizm oraz zwalczać przeciwne – tak jak religijność, tradycja, rodzina i patriotyzm. Wartości popularne w Hollywood znajdują się przeważnie w stanie wojny z zapatrywaniami przeciętnego Amerykanina.

Podczas gdy wielu telewizyjnych luminarzy zaprzecza, jakoby usiłowali wywierać wpływ na sposób myślenia i wartościowania szerszej publiczności Teddowi Turnerowi z Cable News Network (CNN) należą się przynajmniej pochwały za szczerość. Przemawiając do grupy nadawców z całego świata, poczynił on takie oto zaskakujące wyznanie:

„Delegaci na Zgromadzenie Organizacji Narodów Zjednoczonych nie są tak ważni, jak osoby siedzące w tej sali (czyli właściciele stacji telewizyjnych). To my decydujemy o tym, co myślą ludzie. Nikt inny tylko my. („AFA Journal”, październik 1989r.)” [5]

„Jeśli Turner ma rację, to warto się zastanowić, czyje ręce modelują opinię publiczną. On sam twierdzi, że „chrześcijaństwo, to religia przegrana” i zdarza mu się nazwać wyznawców Chrystusa durniami. Ostatnio zasugerował, że cała mądrość dziesięciorga przykazań powinna zostać zastąpiona zestawem jego własnych reguł, wśród których jest i taka, że żadna rodzina nie powinna mieć więcej niż dwoje dzieci ([6]), chyba, że dostanie pozwolenie od rządu. Choć dziwak i ekscentryk, Turner nie jest osamotniony w swej alienacji od tradycyjnych amerykańskich wartości”. [7]

[1] Za: James C. Dobson, Gary L.Bauer, Children at Risk: The Battle of the Hearts and Minds of Our Kinds, Wosr Publishing 1996, s.238

[2] James C. Dobson, Gary L.Bauer, Children at Risk: The Battle of the Hearts and Minds of Our Kinds, Wosr Publishing 1996, s.208

[3] James C. Dobson, Gary L.Bauer, Children at Risk: The Battle of the Hearts and Minds of Our Kinds, Wosr Publishing 1996, s.208

[4] James C. Dobson, Gary L.Bauer, Children at Risk: The Battle of the Hearts and Minds of Our Kinds, Wosr Publishing 1996, s.208

[5] James C. Dobson, Gary L.Bauer, Children at Risk: The Battle of the Hearts and Minds of Our Kinds, Wosr Publishing 1996, s.209

[6] Z tym poglądem akurat się zgadzam (przyp. własny).

[7] James C. Dobson, Gary L.Bauer, Children at Risk: The Battle of the Hearts and Minds of Our Kinds, Wosr Publishing 1996, s.210

Wkład kina i telewizji w toczącą się wojnę o wartości

5/5 - (2 votes)

Wkład kina i telewizji w toczącą się wojnę o wartości był i jest przemożny. W przypadku telewizji chodzi nie tylko o przekazywane przez nią treści, ale również o cały wpływ, jaki wywiera na życie rodzinne. W wielu domach rozmowy przy stole zostały zastąpione wspólnym patrzeniem w ekran. Godziny wieczorne, kiedyś zarezerwowane na dzielenie się sprawami mijającego dnia, są dziś powszechnie spędzane przed telewizorem.

Naukowcy szacują, że każde statystyczne dziecko między szóstym a osiemnastym rokiem życia, poświęca oglądaniu telewizji od piętnastu do szesnastu tysięcy godzin (dla porównania, w szkole przebywa tylko przez trzynaście tysięcy godzin). [1] Nawet nie mając sześciu lat przedszkolaki wysiadują bez końca przed „magicznym okienkiem”. Dzieje się tak szczególnie w rodzinach rozbitych, gdzie telewizja zaczyna spełniać rolę elektronicznej niańki. Skutki są zazwyczaj opłakane. Jeśli wierzyć statystykom, łączny czas rozmów z własnym ojcem jest w przypadku każdego Amerykanina mniejszy niż liczba godzin poświęconych telewizji tylko w ciągu pierwszych sześciu lat życia.

Liczba godzin spędzanych przez dzieci przed telewizorem jest zatrważająco wysoka. Jeszcze bardziej niepokoi antytradycyjna i antyrodzinna retoryka, którą nasycona jest większość programów, oraz stale serwowana na srebrnym ekranie dawka przemocy i wolnego od konwencji seksu.

Przeciętny maturzysta widział w swoim niedługim życiu osiemnaście tysięcy morderstw. Wszystkie w telewizji, której poświęcił w sumie dwadzieścia dwa tysiące godzin. Zgodnie z wynikami badań przeprowadzonych w filadelfijskiej Anneburg School of Communications 55 % bohaterów audycji nadawanych w czasie największej oglądalności jest co najmniej raz w tygodniu uwikłanych w gwałtowne konfrontacje. W rzeczywistym świecie, który podobno pokazuje telewizja wskaźnik ten nie przekroczyłby nawet jednego procenta.

Znaczne złagodzenie administracyjnej kontroli eteru oraz zamknięcie komórek odpowiedzialnych w poszczególnych stacjach za przestrzeganie norm obyczajowych spowodowało zalew wulgarności. Słownictwo, którego jeszcze przed kilkoma laty nie wypuszczono by na antenę, dziś gości w naszych domach podczas nadawania tzw. pasm rodzinnych.

Sceny niebywałej przemocy są w tym czasie zjawiskiem normalnym. W jednym z nadawanych ostatnio filmów nie tylko pokazano stosunek seksualny ze wszystkimi szczegółami, ale dodatkowo uraczono widzów sceną zlizywania przez psa krwi sączącej się z głowy ofiary morderstwa.

Dr Leonard D. Efrom, profesor psychologii z University of Illinois w Chicago, przez dwadzieścia dwa lata badał grupę czterystu przedstawicieli telewizyjnej widowni, by w końcu dojść do następującego wniosku:

„Nie ma najmniejszej wątpliwości, że częste oglądanie gwałtownych scen jest jedną z przyczyn agresji, przemocy i przestępstw.”[2]

Amerykańska Akademia Pediatryczna ostrzega, że dzieci nie powinny oglądać telewizji dłużej niż przez dwie godziny dziennie, w przeciwnym razie grożą im trwałe urazy emocjonalne, powstałe za sprawą obrazów pełnych seksu i przemocy. Wielu przedstawicieli przemysłu rozrywkowego sądzi jednak, że ma spełnienia misje przetestowania dopuszczalnych granic swobody programowej. Steve Bochco, producent popularnego serialu L.A. Lave, emitowanego przez sieć NBC, powiedział:

„Chciałbym móc pogrzeszyć tak samo, jak wszyscy dookoła, bo tez mam do tego pełne prawo. Byłby więc szczęśliwy, gdyby nie istniały żadne kodeksy moralne krępujące nadawców”.[3]

[1] Za: James C. Dobson, Gary L.Bauer, Children at Risk: The Battle of the Hearts and Minds of Our Kinds, Wosr Publishing 1996, s.205.

[2]James C. Dobson, Gary L.Bauer, Children at Risk: The Battle of the Hearts and Minds of Our Kinds, Wosr Publishing 1996, s.207.

[3] James C. Dobson, Gary L.Bauer, Children at Risk: The Battle of the Hearts and Minds of Our Kinds, Wosr Publishing 1996, s.209.

Telewizja – muza mas

5/5 - (2 votes)

W dzisiejszych czasach bohaterem numer jeden staje się szklany ekran. Jest nowym guru dzieci zapatrzonych w kreskówki, młodzieży po kryjomu lub też otwarcie oglądającej filmy „dozwolone od lat 18-tu”, matek biernie śledzących losy wenezuelskich piękności i ojców tępo wpatrzonych w mecz na szklanym ekranie. W dobie tego nowego „bożka”, który w ostatnich latach święci swe triumfy, znika powoli teatr, opera i majówki rodzinne za miastem. „Akt otwarcia książki, pójścia na wystawę, do teatru, na koncert wymaga wyjścia z codzienności i przełączenia się na inną rzeczywistość. Cały ten szum wokół kupowania biletów, szukania książki w bibliotece czy w księgarni, wychodzenia w niepogodę na zewnątrz, czy znoszenia tłoku przy wejściu sprawia, że telewizja staje się jeszcze bardziej niektórych atrakcyjna: ciepły kocyk, zacisze domu i wsysająca „magia szklanego ekranu”.

„Ta tak zwana „magia szklanego ekranu” – frazes funkcjonujący w języku taniej „poezji” dziennikarzy – naprawdę konotuje niesłychanie ważny fenomen z pogranicza psychologii i metafizyki. Zasługuje więc na baczną uwagę (…). Telewizja okazuje się bowiem nie po prostu jednym z wielu mediów, neutralnych nośników informacji, ale aktywnym producentem f a n t o m ó w. Wykorzystując i nadużywając nasze odruchowe i bezkrytyczne zaufanie do zmysłu wzroku (zawsze najwyżej ceni się „naocznych świadków”), zarazem – przez fakt wciśnięcia w fotel –pozbawia człowieka świadomości i konieczności kontrolowania danych wzrokowych przez zmysł dotyku. Dotyk, stanowiący (…) dla człowieka specyficzny zmysł realności, staje się u „tele-widza” czymś zbędnym. Oryginalność urządzenia, które oferuje cud tele-widzenia, czyli widzenia na odległość niedostępną zwykłemu wzrokowi, a priori zwalnia go od sprawdzania, czy to, co ogląda, istnieje naprawdę.”[1]

Telewizja jest tym bardziej niebezpieczna, iż stała się niemal autonomiczną instytucją, trzecią siłą, a może wręcz pierwszą, ponieważ, „kto ma telewizję, ten ma władzę”. Jest to władza nie tylko w sensie politycznym, ale dotyczy również panowania nad mentalnością i zachowaniami indywidualnymi i społecznymi w skali masowej. Moc religii czy ideologii okazuje się śmiesznie słaba w porównaniu z „opium” telewizyjnym, jako, że ostatnie nie wymaga nic od swego konsumenta. Za symboliczną opłatę oferuje mu swe usługi – przeniesienia w świat rozrywki łatwej, przyjemnej i ekscytującej. Ponadto, bez uciekania się do przemocy czy nawet perswazji, pozostawia pełną „wolność” w każdej chwili naciśnięcia wyłącznika bądź przełącznika.

I właśnie ta wolność i łatwość stanowi o uwodzicielskiej mocy telewizji, gdyż bazuje na skłonności do lenistwa umysłowego, moralnego i estetycznego. Pozorując wybór, usprawiedliwia tkwiącą w nas tendencje do inercji.


[1] Jadwiga Mizińska, Uśmiech Hioba. Filozoficzne troski współczesności, Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, Lublin 1998.