Ból istnienia

5/5 - (10 votes)

Bywa tak, że narzekamy strasznie. Wszystko nam obrzydło. Nic nie wygląda tak jak byśmy tego chcieli. Nasza egzystencja… ech szkoda gadać. Z ludźmi spotykać się nie chce. Ale i samotność doskwiera. Komuś by się można wyżalić, ale słowa wydają się nieadekwatne. A może coś zrobić, żeby to wszystko jakoś odmienić. Ale co by to miało być? Nie wiadomo. Nic tylko załamać ręce. Jednym słowem, bywa tak, że marudzimy i narzekamy na wszystko.

Ale pech chce, że jest akurat jesień a może nawet przedzimie i przyplątuje się grypa, angina, ba… nawet banalne przeziębienie wystarczy. A już wystarczy szczególnie, jeśli ciągnie się tygodniami. I niby nic nam nie jest, gorączki nie ma. Lekarz nic poważnego nie stwierdził. Tylko katar, kaszel i ból gardła.

Po jakimś czasie chorowania wszystkie myśli skupiają się wokół tego jednego: „niech już przejdzie to przeziębienie, niech już wyzdrowieję, a wszystko będzie sto, nie, tysiąc razy lepiej.” Kiedyś narzekałem na ludzi… o jakże teraz chętnie bym się z nimi spotkał, ale nie mogę, bo zarażam, ale jak tylko wyzdrowieję, to zaraz odnowię stare kontakty… Kiedyś doskwierała mi samotność… o jakże chętnie pobyłabym w samotności, poczytała książkę… tylko że oczy łzawią i się nie da, ale jak tylko wyzdrowieję to wezmę się do lektury… Kiedyś nie miałem pomysłu, co by można zrobić… teraz tych pomysłów mam bez liku, no ale nie mogę żadnego zrealizować przez to przeziębienie, ale niech tylko przejdzie, no niech tylko przejdzie, to zaraz wezmę się do roboty. Kiedyś narzekałam na wszystko… teraz to nawet wolę już to narzekanie od tego przeklętego przeziębienia. No naprawdę, chętnie bym sobie ponarzekała i ponarzekam sobie solidnie po Sartre’owsku. Niech mi tylko przejdzie! O!

pan-rac

Filozoficzny blog Marka Witkowskiego

5/5 - (10 votes)

zapiski filozofującego rowerzysty i miłośnika podcastów Bez ipoda nie da się filozofować

Tortury a filozofia (od młodego Marksa do starego Różańskiego

Porzuciłem ten blog. Parę miesięcy wyżywałem się polemicznie na Facebooku, ale teraz myślę, że chciałbym tu wrócić z pewnymi podsumowaniami.

Uważam, że do filozofów należy skierować pewien apel. To, że świat nie traktuje was poważnie, nie znaczy, że nie potraficie całkiem sporo narozrabiać. Potem się tłumaczycie. Że Platonowi nie chodziło o faszyzm, że Epikur nie głosił cynicznego hedonizmu, że Nietzsche to nie prekursor rządów rasy panów, a już na pewno nie Hitlera, że Marksowi nie chodziło u gułagi. Uważajcie, co mówicie i piszecie, i co przekazujecie studentom, bo nie macie żadnej kontroli nad tym, co oni z tym zrobią.

Późną jesienią i zimą 2014 przetoczyła się przez Facebook dyskusja na temat dopuszczalności stosowania tortur. Opublikowany został bowiem raport, z którego wynikało, że na terenie Polski torturowano więźniów podejrzanych o członkostwo organizacji terrorystycznych. Zaskoczyło mnie, ile osób skłonnych było zaakceptować dopuszczalność tortur. Chodziło przy tym o ludzi wykształconych, takich co książki czytają, i którzy skądinąd przy innych okazjach wyrażali swoje dość liberalne przekonania.

W swojej argumentacji powoływali się na argumenty wysunięte przez filozofów. Najsłynniejszy z nich to tzw. Argument tykającej bomby.

http://en.wikipedia.org/wiki/Ticking_time_bomb_scenario

Przypuśćmy, że złapaliśmy osobę, która ma wiedzę o mającym zaraz nastąpić ataku terrorystycznym, który zabije wielu ludzi. Ta osoba znajduje się obecnie w rękach władz i ujawni informację potrzebną do oddalenia ataku tylko po torturach. Czy ta osoba powinna być torturowana? Nie odpowiem tu na to, bo chodzi mi, o co innego.

Zgodnie z tym, co się zorientowałem, studenci dyskutują takie dylematy na przykład na seminariach na kierunkach prawniczych. Na tym etapie zarówno prowadzący seminarium, jak i studenci, myślą, że jest to spór trochę akademicki – intelektualny dylemat, czy można sobie wyobrazić jakieś wyjątkowe okoliczności, w jakich tortury byłyby dopuszczalne. Ponieważ mieszkamy w Polsce, często zamiast zachodnich autorów, Philippy Foot i Alana Derschowitza, omawia się poglądy Iji Lazari-Pawłowskiej.

Jednakże potem studenci kończą magisteria, robią doktoraty i zostają urzędnikami państwowymi. Ze studiów zostaje im coraz mniej w głowach. Nie pamiętają, że zgodzili się na seminariach najwyżej na to, że tortury można stosować w bardzo wyjątkowych warunkach, które praktycznie rzadko w życiu są spełnione. Istnieje natomiast pokusa, by stosować tortury jaką normalną procedurę operacyjną.

Ci, co uczycie filozofii, uważajcie, co mówicie. Wasi słuchacze niekoniecznie mają tak głębokie umysły jak wy. Wasze poglądy zostaną uproszczone. Wy uczycie: „są warunki, w których tortury można zastosować”. Oni rozumieją tylko: „wolno torturować”. Niby to samo, ale niekoniecznie.

Schopenhauer a uprzywilejowany dostęp do mojego ja

Od czasu do czasu przypominam główną myśl mojego blogu. Jest to prawda, którą się narzuca swoją oczywistością, choć nie do końca daje się pogodzić ze światem nauk przyrodniczych (z drugiej strony nie musi implikować światopoglądu religijnego). Jest to przekonanie, że do naszej świadomości mamy intuicyjny, bezpośredni dostęp, niewymagający żadnych perceptorów, zaglądania do mózgu, itp.

Filozofia od wieków próbuje tę prawdę ująć w różne metafory. I musi tak robić, bo o bezpośrednim dostępie do naszej świadomości nie można zbyt wiele dosłownego powiedzieć poza tym, co już powiedziałem wyżej. Może jeszcze tylko dodam przykład, którym zawsze się posługuję, że po to, żeby stwierdzić, czy ząb mnie boli, nie muszę badać mojego stanu uzębienia, choć oczywiście powinienem.

Dzisiaj na poparcie tezy o bezpośrednim dostępie do mojej świadomości, przywołuję Schopenhauera, filozofa posępnego, ale na jakiś sposób szanowanego przez wszystkich. Polemizował on z Kantem. Kant uważał, że prawdziwego świata (rzeczy samej w sobie) nie poznamy nigdy. Ograniczeni jesteśmy tylko do tego, co nam zmysły podają w formie wrażeń. Ale Schopenhauer uważał, że Kant dokonał pewnego przeoczenia. I dalej już może przytoczmy streszczenie Tatarkiewicza, chociaż to już na pewno nie jest bezpośrednia znajomość filozofii Schopenhauera (dostęp do Schopenhauerowskiej rzeczy samej w sobie):

„Na drodze poznania obiektywnego, biorąc za punkt wyjścia wyobrażenie, nigdy poza wyobrażenia nie wyjdziemy, zawsze zostaniemy przy zjawiskach, przy zewnętrznej stronic rzeczy, i nie wnikniemy nigdy do ich wnętrza. Jest to prawda, którą już Kant poznał; ale nie zauważył prawdy drugiej, że my sami jesteśmy nie tylko poznającymi podmiotami, ale także przedmiotami do poznania, sami jesteśmy rzeczami w sobie. I przez to do istoty rzeczy, do której nie możemy przeniknąć z zewnątrz, możemy dojść od wewnątrz; rzecz sama w sobie nie może być poznana obiektywnie, ale może sama o sobie uzyskać samowiedzę”.

Schopenhauer to czy Tatarkiewicz? Wszystko jedno. Pięknie napisane! I zgadza się z tym, co myślę. Dla mnie ani freudyzm ani filozofia analityczna ani neuronauka nie zburzyły subiektywnego (w jakiś sposób kartezjańskiego) pojęcia jaźni. Poza tym jestem ateistą, ekstremistą i nawet materialistą (nie wierzę w duszę), uważam że nasza świadomość jaźni jest omylna i niewiele można o niej powiedzieć. Ale jest to moja jaźń!

Jestem niezreformowanym dualistą

Coraz rzadziej piszę na tym blogu. Częściej bywam na Facebooku, gdzie zapisałem się do zamkniętej grupy filozoficznej, grupującej podobnych jak niedzielnych filozofów. Plusem jest to, że każda wypowiedź będzie natychmiast skomentowana, natomiast minusem to, że jest zamknięta i żadnej ciekawej dyskusji nie mogę żadnej osobie postronnej pokazać.

Ale jedną wypowiedź muszę koniecznie przytoczyć. Czynię to za zgodą jej autorki, Katarzyny Mitros. Jej zdaniem nie istnieje coś takiego jak kolor zielony sam sobie. To stanowisko mogę nawet podzielać. Ale poniższy opis jest mi potrzebny do czego innego. Nie mam akurat pod ręką tak zwięzłego i komunikatywnie napisanego opisu widzenia jako procesu neurologicznego. Autorka zdaje się sugerować, że w przeżyciu zwanym postrzeganiem nie ma nic więcej, niż proces mózgowy (chociaż kropki nad „i” moim zdaniem nie stawia). Czytajmy:

„Podobnie jak nie istnieje dobro samo w sobie tak samo nie istnieje sam w sobie kolor zielony. Światło określonej długości pada na siatkówkę, zachodzą w niej zmiany chemiczne, które po przetworzeniu na impulsy elektryczne płyną sobie grzecznie do mózgu. Analizą na poziomie siatkówki u człowieka zajmują się czopki. Mamy ich na ogół 3 rodzaje, chociaż znane są przypadki czterech.

W mózgu nie ma żadnego ekranu, na którym by się wyświetlały obrazy. Tam są tylko komórki nerwowe połączone za pomocą wypustek w sieci i płynący po nich prąd elektryczny. Zielony nie jest cechą przedmiotu, ale wrażeniem powstającym w naszym mózgu. Jeśli czopki działają nieprawidłowo człowiek może nie odróżniać np. barwy czerwonej, żółtej i zielonej od pozostałych. Wszystkie te wrażenia jawią się jako takie same.

Zwierzęta mogą mieć np. 2, 3, 4, 5 czy więcej rodzajów czopków. Stąd wrażenia powstające w ich mózgach będą inne. Tak więc wrażenie koloru zależy zarówno od długości fali światła padającego na siatkówkę, jak również budowy oka i mózgu. Wrażenia w oderwaniu od tych czynników nie istnieje. W żadnych zaświatach (zakładając, że istnieją) nie mieszka sobie „zielony”.

Opis ten przypomniał mi zajęcia chyba z filozofii Leibniza. Prowadzący, tym razem, z pewną ironią, zaczął porównywać nasze widzenie do kamery. Oto wiązka światła przechodzi przez soczewkę (jak przez oko), zamienia się w sygnał elektryczny, który zostaje przekazany do procesora (jak do mózgu). „No i co?” – zapytał wyraźnie już rozbawiony prowadzący zajęcia. „Powiedzielibyście, że ta kamera widzi? Tak jak człowiek widzi? Tak jak zwierzę widzi?”.

Bo ja mimo wszystko jestem dualistą. Mógłbym sobie wyobrazić świat, w którym wszystko, co zostało opisane powyżej, przebiegałoby zgodnie z powyższym opisem. A mimo to, ja bym nie bym nie przeżywał tych procesów, byłbym kimś z zewnątrz. A tak się akurat składa, że jeden z tych podmiotów widzących jest mną. To ja widzę, to ja czuję. Co więcej, czuję i widzę z pewną jakością, która nie wynika z opisu naukowego. Chociaż konkretny odcień zieleni jest skorelowany z pewną długością fali, to nie jest z nią tożsamy, bo przecież nie konkretną długość fali widzę, tylko najzieleńszą zieleń. Dlaczego miałbym zaprzeczać, że widzę coś zielonego, kiedy widzę. Mógłby ewentualnie się zgodzić, że „w rzeczywistości” widzę fale (śmiesznie by to brzmiało). Ale nie byłaby to moja rzeczywistość. Mam wrażenie, że kiedyś fenomenologia zachęcała do myślenia w tym kierunku.

Kiedy piszę takie rzeczy, to nigdy nie jestem do końca zadowolony. Trudno werbalizować intuicje dualistyczne i zachować dyscyplinę słowną. Ale jest jeden argument za dualizmem, który bardzo prosto sformułować, a jest zupełnie nieodparty. Jest to argument uprzywilejowanego dostępu do moich przeżyć. O tym na przykład, że widzę zielony przedmiot, wiem bezpośrednio. Nie muszę zaglądać do swojego mózgu, sprawdzać, jak zachowują się moje „czopki”. O tym wiem ja (i co ważne: tylko ja). Jak dotąd żadna nauka nie potrafi wyjaśnić tego uprzywilejowanego dostępu.

Ale piękno filozofii polega na tym, że różne stanowiska są w niej uprawnione. Mnie samego czasami przekonują argumenty, że umysł do mózg. Jakieś wątpliwości jednak pozostają. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że to pozostałość religijnego wychowania.

Kierowanie przez „naukowców”. Czyli, czyli…

5/5 - (10 votes)

Zanim przejdę do właściwej treści, chciałbym podkreślić, że na pomysł tego filozoficznego (sic!) tekstu, wpadłem nie pamiętam albo w 1996 albo 1997. Czyli na długo przed tym zanim ktokolwiek mówił coś o Martix. Chodzi mi tu oczywiście o film, poniekąd bardzo ciekawy. Wracając do mojego pomysłu (czy jest to mój własny pomysł, czy coś innego – to okaże się to później) mam na to świadków, że to ja i tylko ja jestem jego autorem (?!).

Ostatnio (to znaczy w tym 96 lub 97) opowiedziałem tę historię znajomej, która po kilku dniach stwierdziła, że jest to bzdura i nie zgadza się ze mną.

Wyobraźmy sobie sytuację, światem i naszym życiem kierują pewni naukowcy(1), też ludzie-istoty niczym nie różniące się od nas.

Około czterech pokoleń temu, grupa około np. 200 inteligentnych ludzi, pochodzących z jakiejś super cywilizacji, wraz z żonami i dziećmi, wpadła na pomysł systemu kontroli całej ludzkości (potomków itd.)

Otóż my jesteśmy, prawdę mówiąc ich potomkami, chociaż nie wiemy o ich istnieniu (ja się tylko domyślam). Kontrola polega, na dokładnym kontrolowaniu wszystkiego. To oni stworzyli historię, fikcyjną rzeczywistość, religię, mentalność ludzką, jednym słowem wszystko i całe pojęcie tego świata. Jak więc wyjaśnić kilka miliardów ludzi mieszkających na tym wspaniałym – czasami – świecie? Otóż prosto. Naukowcy dysponują techniką i nauką tak potężną, że nagłe ich ujawnienie spowodowałoby chaos. I dlatego się nie ujawniają, a to co wiemy o rzeczywistości, czyli np. o tych kilku miliardach ludzi, to zwykły mechanizm wyobraźni. Napoleon, Hitler, Pol Pot, Clinton, Chaplin, Comte, Św. Tomasz itd., to fikcja. Kontrola nad wszystkim dostarcza nam informacji. Radio, telewizja, prasa, pokazująca świat, to twór naukowców przekazujący fikcję, którą tworzą. Teraz będzie najlepsze. Sterują naszymi mózgami, a co z tym idzie-świadomością, za pomocą biowszczepów, które tam (w mózgu) mamy umieszczone. Potrafią przekazać nam jakąkolwiek informację i wywołać jakikolwiek stan. Dlaczego więc nie wiemy, że mamy biowszczep w mózgu. Proste. Idziemy do lekarza, bo domyślamy się, że coś mamy w głowie. Tyle, że on też ma to samo i nawet gdyby coś odkrył i zobaczył na własne oczy, to i tak tego nie powie, bo jest pod ścisłą kontrolą. I mówi nam, że nic nie mamy, bo taki dostał sygnał, aby nic nie mówić na temat biowszczepów.

Naukowcy wywołują w nas pewne stany. Pan X upił się, wlazł do banku i wymordował cały personel. Potem naukowcy wyłączają mu odbiornik i czekają, co zrobi jako coś pozbawionego kontroli. Pan X pozbył się strzałem z pistoletu swojej całej głowy. Sterują nami by pobawić się psychologią.

Całą przeszłość jest wytworem wyobraźni naukowców. Nigdy nie było Mieszka I, Karola Wielkiego, Luisa Armstronga, Einsteina, czy Cobaina. Wszystko sobie ładnie wymyślili, spreparowali i… starczy.

Może kiedyś to dokończę. Jestem ciekaw ile osób przeczytałoby to do końca. Myślicie, że jest to chore, cieszę się, że uważacie się za zdrowych.

Zapomniałem dodać, że w trakcie pisania wpadło do mnie dwóch gości i powiedziało, że mam natychmiast przestać. Jeden z nich mnie uśpił, przynajmniej tak mu się wydawało, ja jednak byłem tylko półprzytomny i wszystko słyszałem. Mówili o moim, biowszczepie, że się popsuł, albo coś, no że po prostu słabo działa. Gdy otrzeźwiałem, nie myślałem o tym (o tej całej sytuacji, która wydarzyła się przed chwilą) i dlatego to napisałem, mimo, że wykasowali wcześniejszą wersję i mimo, że znowu mnie odwiedzili(2).

Ja, to znaczy moja osoba z roku 2022 przeniosła się w czasie w 2000 i jakimś sposobem umieściła ten plik z całym tym tekstem na moim komputerze, ja sam z 2000 nigdy bym tego nie skończył(3) pisać.

Te zdanie piszę ja-ja z 2022, miałem rację w 2000, że domyślałem się o co chodzi w tym świecie i dlatego udało mi się przenieść w 2000 i zamknąć błędne koło. Wszyscy z 2000 trzymajcie się. Prawda objawi się wkrótce. Aaa, nie myślcie tyle w tym 2000, bo wzmocnią wam sygnały w biowszczepach. Chyba, że już to zrobili.

(1) Naukowcy to może nazbyt poważne, ale jak się okaże będzie strasznie pasowało.
(2) Właśnie wpadłem w błędne koło, co świadczy o tym, że nie mogłem tego napisać.
(3) Zaczynam się zastanawiać, kto jest autorem: ja z 2000, czy ja z 2022.

Sinasson

Etyka i filozofia w szkole

5/5 - (8 votes)

Klocki Lego na lekcjach etyki

Już kiedyś pisałam o możliwości wykorzystania Lego na zajęciach z etyki. Pomysł zaczerpnęłam z projektu „Lego-logos” pana Spychały, dostosowując do swojego programu.

Tym razem dzieci z klas 4. budowały do różnych tekstów: dwóch bajek Leonarda da Vinci „Lilia” i „Pająk w dziurce od klucza”, do wybranych myśli i poglądów filozofów starożytnych opracowanych na podstawie „Żywotów i poglądów słynnych filozofów” Diogenesa Laertiosa oraz fragmentu tekstu „O prawdzie i kłamstwie w pozamoralnym sensie” Fryderyka Nietzschego (tutaj zastrzegam się, że skorzystałam z tekstu z książki R. D. Prechta „Kim jestem? A jeśli już, to na ile? Podróż filozoficzna” i przepraszam, jeśli coś przeinaczyłam).

Oto schemat zajęć:

Uczniowie losowali kartki z tekstem, a następnie każdy sam, nie mówiąc co znajduje się na kartce budował tekst. Gdy to zrobili, najpierw reszta grupy starała się „odczytać” co budowle przedstawiają. Budowniczowie mogli na początku pomagać jakimiś wyjaśnieniami ułatwiającymi interpretację modeli. Następnie autorzy swoich prac opowiadali co chcieli pokazać, ewentualnie czytali swój tekst.

Dzieci lubią klocki lego, więc chętnie zabrali się do pracy. Pomimo, że uważali, iż to są trudne teksty, świetnie sobie z nimi poradzili. Poniżej przedstawiam teksty i efekty pracy.

Pająk w dziurce od klucza („Bajki i legendy” Leonardo da Vinci)

Pająk, po oględzinach całego domu, na zewnątrz i od środka, postanowił schronić się w dziurce od klucza. Cóż za wspaniała kryjówka! Komu przyjdzie do głowy, że on tam w środku siedzi? Natomiast on, przyczaiwszy się na skraju szparki, będzie mógł rozglądać się wokoło, nie narażając się na niebezpieczeństwo.

– W górze – stwierdził w duchu, zerkając na kamienny próg – utkam pajęczynę na muchy, a na dole – dodał, przyglądając się bacznie schodkowi – rozciągnę sieć na gąsienice; z kolei tutaj, przy drzwiach wyjściowych, przygotuję mała zasadzkę na komary.

Pająk nie posiadał się z radości. Dziurka od klucza dawała mu nowe i dotąd nieznane poczucie bezpieczeństwa; była tak wąska, ciemna i wyłożona żelazem, że wydawała się być bardziej nienaruszalna niż forteca, pewniejsza niż jakakolwiek zbroja.

Kiedy radował się tą myślą, usłyszał nagle odgłos kroków, więc przezornie schronił się w swej kryjówce. Ktoś wchodził do domu; klucz brzęknął, wsunął się do dziurki i zgniótł pająka.

Lilia („Bajki i legendy” Leonardo da Vinci)

Na zielonym brzegu rzeki Ticino wyrosła przepiękna lilia. Woda, w której odbijały się białe płatki wspaniałego kwiatu na wyprostowanej łodydze, zapragnęła je posiąść.

Każda przepływająca fala zabierała ze sobą obraz białej korony i dzieliła się tym pragnieniem z falami, które miały dopiero napłynąć i zobaczyć kwiat. W końcu rzeka zaczęła się burzyć, fale stały się niespokojne i gwałtowne. Nie były jednak w stanie pochwycić lilii, wrośniętej mocno w ziemię i wznoszącej się wysoko na mocnej łodydze. Jednak z takim impetem rozbijały się o brzeg, że w końcu całe wybrzeże osunęło się w ich odmęty, a wraz z nim czysta i samotna lilia.

Anaksymander (ok. 610 r. p. n. e.)

Wewnętrzny mechanizm każdego świata napędzany jest przez ruch wirowy, przyciągający do środka (ruch obrotowy planet – oddziaływanie grawitacyjne – siła dośrodkowa), ciała niebieskie to ogniste koła (gwiazdy). Nasz świat otacza nieskończona ilość innych światów (galaktyki – wszechświat „matrioszka” – Wielki Wybuch).

Poglądy na człowieka: człowiek musiał ewoluować od zwierząt, bo będąc takim jakim jest nie przetrwałby w dawnych czasach. Pierwotny człowiek osiągną samodzielność, gdyż musiał pochodzić od zwierząt. Anaksymander założył, że bezpośrednim przodkiem człowieka były ryby (namawiał do niejedzenia ryb). (za: Diogenes Laertios „Żywoty i poglądy słynnych filozofów”)

Platon (427 – 347)

Platon: Jeżeli człowiek nie jest istotą żywą, to jest albo kamieniem, albo drewnem. Nie jest jednak ani kamieniem, ani drewnem, albowiem ma duszę i sam siebie porusza, a więc jest istotą żywą. Jeśli zaś jest istotą żywą, a istotą żywą jest również pies i wół, to człowiek jest także psem i wołem.

Anaksagoras (500 – 428 p. n. e.)

W doktrynie Anaksagorasa sprawczą przyczyną ruchu jest rozum. Ciała ciężkie, np. ziemia, znajdują się w dole, ciała lekkie, jak ogień, na górze; pośrodku jest woda i powietrze. Dlatego też na ziemi, która jest płaska, układa się morze, powstałe z wilgoci, która wyparowała pod wpływem ciepła słonecznego.

Pierwsze zwierzęta powstały z wilgoci, ciepła i substancji podobnej do ziemi; dalsze rodziły się już jedne z drugich, z zarodków prawostronnych samce, z lewostronnych – samice.

Niebo jest całe złożone z kamieni, które trzymają się tylko dzięki szybkości, z jaką się obracają, i spadłyby wszystkie, gdyby ich ruch był powolniejszy. (za: Diogenes Laertios „Żywoty i poglądy słynnych filozofów”)

„W pewnym odległym zakątku wszechświata wśród migotu niezliczonych systemów słonecznych była sobie raz gwiazda, na której mądre zwierzęta wynalazły poznanie. Była to chwila największej pychy i największego zakłamania w ‘dziejach świata’ – ale też tylko chwila. Po paru tchnieniach natury gwiazda wystygła i mądre zwierzęta wymarły…” (za: R. D. Precht „Kim jestem?…)

Etyka w szkole

5/5 - (7 votes)

Bawimy się klockami

W ostatnich tygodniach na lekcjach etyki bawiliśmy się klockami Lego. Klocki Lego (i nie tylko Lego) są atrakcyjną formą pracy z dziećmi, gdyż one lubią się nimi bawić. Poprzez zabawę można przemycać różne treści – proste tworząc czarodzieja czyniącego dobro, albo bardzie skomplikowane budując do tekstów wielkich filozofów. Można tworzyć utopijne krainy, do których trzeba tworzyć prawa nimi rządzącą (według określonych reguł, np. że zawsze muszą one być dobre i unikać możliwych konfliktów).
Oto przykładowa propozycja tekstu i efekty w postaci „budowli”:

„- Więc wymodeluj sobie jedną postać zwierzęcia; niech ono będzie wielobarwne i niech ma wiele głów, naokoło niech ma głowy zwierząt swojskich i dzikich i niech się może przemieniać i wypuszczać to wszystko z siebie jak roślina.

– Tęgiego rzeźbiarza – powiedział – trzeba do takiej roboty. Ale ponieważ myśl jest bardziej plastyczna niż wosk i podobne materiały, więc niech ci to będzie wymodelowane.

– I jeszcze jedną postać lwa i jedną człowieka. Ale największe – i to bez porównania – niech będzie to pierwsze, a później to drugie.

– To już są rzeczy łatwiejsze – powiada – i już są wymodelowane.

– A teraz te trzy rzeczy spróbuj spoić razem tak, żeby się jakoś ze sobą zrosły.

– Już są spojone – powiada.

– A teraz wymodeluj i obuduj naokoło nich postać jedną – człowieka; tak, żeby się to komuś, kto nie może widzieć tego, co w środku, a widzi tylko zewnętrzną powłokę, wydawało się jedną istotą żywą: człowiekiem.

– Już jest wymodelowana powłoka naokoło – powiada.

– A teraz powiedzmy coś temu, który twierdził, że opłaci się człowiekowi być niesprawiedliwym, a postępowanie sprawiedliwe pożytku nie przynosi. Przecież on nic innego nie twierdził, jako to, że opłaci się człowiekowi utuczyć to wielopostaciowe zwierzę, aby było mocne, i tego lwa wraz z jego otoczeniem, a człowieka zamorzyć głodem i osłabić go, aby go jedno lub drugie z tamtych zwierząt wlokło, dokąd by chciało, i żeby się one z sobą nie zżywały i nie przyjaźniły, tylko niech się jedno z drugim gryzie i niech się pożerają nawzajem we wzajemnej walce”.

(Platon: Państwo, wyd. Marek Derewiecki, Kęty 2009)

„4. 21. Jeżeli dusze kontynuują swoje trwanie, jak to się dzieje, że im wszystkim, biorąc od wiecznego czasu, nie brakuje w powietrzu miejsca?

A jak ziemia mieści w sobie ciała grzebane od tak dawna? Tak jak i tu po jakimś trwaniu następuje przemiana i zwolnienie miejsca dla innych zmarłych, tak do powietrza przeniesione dusze, po jakimś wspólnym trwaniu, ulegają przemianie, rozwiewają się i spalają zabierane do rozumu zarodkowego wszechcałości. W ten sposób robią miejsce duszom, które przychodzą, żeby tam zamieszkać. Tak można by odpowiedzieć na założenie o trwaniu dusz.

Należy jednak wziąć pod uwagę nie tylko tę rzeszę tak pogrzebanych ciał, ale bezlik zwierząt zjadanych każdego dnia przez nas i przez inne zwierzęta. Jak wielka ich liczba jest pochłaniana i jak gdyby grzebana w ciałach tych, którzy się nimi żywią! Na podobnej zasadzie i dla nich znajduje się miejsce, ponieważ zmieniają się w krew, pierwiastek powietrzny, ognisty. Czym jest badanie prawdy w tym wypadku? Dokonywaniem podziału na to, co materialne i na to, co przyczynowe”.

(Marek Aureliusz: Rozmyślania (do samego siebie), Czarna Owca, Warszawa 2011)

Sokrates (469 – 399)

Kiedy Sokrates z właściwą sobie pasją rozprawiał o filozofii, wywoływał nieraz wściekłość audytorium; rzucano się nań, bito po twarzy, szarpano za włosy. Najczęściej jednak był przedmiotem drwin i pogardy. Wszystko to znosił cierpliwie. Nie zareagował nawet na kopniaka, którym go raz uraczono. A kiedy jeden ze świadków sceny dziwił się jego spokojowi, miał odpowiedzieć: „A gdyby kopnął mnie osioł, czy pozwałbym go przed sąd?”

Przebywał stale w Atenach (raz był na wojnie poza polis), zawsze chętny do dyskutowania z każdym rozmówcą; a dysputy prowadził nie po to, by zmusić przeciwnika do zmiany poglądu, lecz po to, żeby razem z nim odkryć prawdę.

Przyglądając się mnogim towarom wystawionym na sprzedaż mawiał często sam do siebie: „Jak wiele jest rzeczy, których potrzeby nie odczuwam”.

Szczycił się skromnością swojego trybu życia i nie przyjmował od nikogo zapłaty. Mawiał, że głód jest najlepszym kucharzem, że człowiek nie potrzebuje wyszukanych napojów, by ukoić pragnienie, i że on, mając najmniejsze potrzeby, jest najbliższy bogom.

Chętnie i często tańczył.

(D. Laertios: Żywoty i poglądy słynnych filozofów, PWN, Warszawa 1984)